Malli bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy

Polska służba zdrowia jest jak każdy widzi… Tylko czy aby na pewno? Widzimy kolejki do państwowych przychodni, słyszymy o odległych terminach zabiegów, czytamy o lekarskich niedopatrzeniach i błędach. Narzekamy na NICH, ludzi, których powołaniem jest nas leczyć, wymagając od nich nieomylności, jakby byli bogami. Jednak znamy tylko część prawdy. Przyjrzyjmy się sytuacji po drugiej stronie…

Autor przeprowadził wiele rozmów z osobami z lekarskiego świata (także kilku urzędników), pochodzących z różnych miast, o rozmaitych specjalizacjach, w różnym wieku. Ich relacja odsłania nieco faktów specyficznych dla tego zawodu, dla większości osób nieznanych. I to co mówią potrafi ruszyć. Mnie ruszyło.

Myślę, że ze środowiskiem lekarskim jest trochę jak z młodymi księżmi i klerykami w seminarium. Powołanie tych ludzi ulega przekształceniu w rutynę, odbębnianie obowiązków, lecz pół biedy gdy ma się szacunek dla innych. Bo bardzo źle jest gdy człowiek, któremu się powinno służyć, jest gdzieś z tyłu i gdy ginie także szacunek dla niego. Jeszcze gorzej gdy dochodzi do tego wypalenie i rozgoryczenie.

Zdania rozmówców są rozmaite, w zależności od kilku czynników, także relacji z kolegami po fachu i z pacjentami. Częściowo wynika to ze zmęczenia, bo choć część środowiska lekarskiego goni za pieniędzmi chcąc szybko dojść
do zamożności, wiele innych osób dorabia sobie do żenująco niskiej pensji. Jak wyjaśnia młoda lekarka, wstyd jej przyznać się przed pacjentami do swych zarobków. Wspomina, że stażowe wynosiło u niej 1200 zł netto. Mając tak odpowiedzialną pracę osoby te dorabiają w prywatnych przychodniach. Takie dorabianie nazywają „pracą w biedronce”.

Lekarze są sfrustrowani. Głupimi decyzjami urzędników ministerstwa zdrowia, zawiścią w swoim środowisku, chamstwem, bezczelnością i głupotą pacjentów niestosujących się do zaleceń („bo w internecie inaczej pisze), niskimi zarobkami, ograniczonymi możliwościami wypisywania recept na tanie odpowiedniki drogich leków.

Młody urolog stwierdził: „[…] w polskiej medycynie panuje feudalizm. Najwięcej spijają ci, którzy są na górze. A ci, co są na dole, czyli młodzi lekarze, dostają ochłapy, jeśli w ogóle coś dostają”.
Okazuje się,. że to środowisko przypomina środowiska prawnicze, jest równie zamknięte i w dużej mierze oparte na koneksjach. Rywalizacja zamyka drzwi przed wieloma zdolnymi przyszłymi lekarzami, którzy może byliby świetnymi specjalistami ale.. specjalizacji zrobić nie mogą. Przynajmniej nie taką, jaką by chcieli. Albo nie w tym mieście. Może być też inaczej – specjalizacja bez… odpowiedniej praktyki. W książce podane są przykłady osób, którym nie dane było nauczyć się wykonywania zabiegów, bo nikt im tego nie umożliwił. Byli niepożądaną konkurencją. Są specjalistami w gruncie rzeczy tylko w teorii…

Słychać tu powszechne narzekanie na system pełen niedoskonałości i absurdów, na zawiść koleżanek i kolegów, na blokowanie stanowisk. Osoba nie mogąca uzyskać rezydentury próbuje wolontariatu, czyli pracy za darmo, do czasu aż znajdzie się miejsce. System sprawia, że osoba kończąca specjalizację jest w wieku 35-36 lat.Zmorą jest także biurokracja, dotykająca także pielęgniarki. Lekarze stojąc przed dylematem czy zaniedbać pacjenta czy papiery często wybierają to pierwsze… Bo w papierach wszystko musi się zgadzać. Twierdzą, że trudno pogodzić jedno z drugim, inaczej muszą robić nadgodziny, których nikt im nie wynagrodzi. To błędne koło.

Na potrzeby reportażu Reszka zatrudnił się jako sanitariusz, co dodatkowo podnosi walor książki, gdyż czytelnicy mogą poznać szpitalne realia także i od tej strony. Smutna to praca i smutny tekst, przekazywany na stronach książki jako „dziennik sanitariusza”. Choć trochę brakowało mi tu pewnych ciekawostek, zbyt mało sytuacji opisał, ale może to wynika z faktu, że jak wspomina, szybko go zdemaskowano. Tym samym zwolniono go z pracy w szpitalu. Tak się składa, że kiedyś pracowałem w szpitalnym transporcie wewnętrznym i co nieco widziałem. Reszka nie zaskoczył mnie wiele w tej kwestii, może jedynie tym, że w szpitalu gdzie pracował zwłoki i posiłki wożono tą samą windą. To niedopuszczalne.

Z książki wyłania się ponury obraz polskiego lecznictwa. I co gorsza sami lekarze nie wiedzą jak to poprawić. Nam, potencjalnym ich pacjentom, pozostaje mieć nadzieję, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam być operowanym, osoba wykonująca zabieg będzie odpowiednio do niego przeszkolona. I wypoczęta…

Paweł Reszka, Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy, Warszawa 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *