Meksyk 27.03 – 12.04.2011

To była moja pierwsza podróż na własną rękę, miałem 39 lat i postanowiłem spełnić jedno z moich marzeń. Z poznanym w serwisie goldenline rówieśnikiem (identyczna sytuacja jak u mnie) mailowo ustalaliśmy plan i szczegóły naszego wypadu, potem spotkaliśmy się na żywo, a potem… był już tylko Meksyk…

Przylot do Mexico City (lub po ichniemu : Ciudad Mexico, lub częściej Distrito Federal – DF) i od razu zaskoczenie. Ogromna kolejka przy odprawie, a dochodziła już godzina 21. Staliśmy chyba 2 godziny. Trzeba wypełnić kartę rezydenta i pilnować do wyjazdu bo zgubienie to koszt kilkudziesięciu dolarów USA. Kontrola bagażu to bramka z przyciskiem. Każdy musi nacisnąć. Rzecz losowa, jeśli zapali się zielona lampka, wychodzisz bez kontroli. Jeśli czerwona… cóż. Ich kontrola trwa długo… na szczęście miałem zieloną. Przy wyjściu z lotniska jest kilka stanowisk taxi. Tzn. kupuje się tam bilet na określoną strefę miasta (stąd różnice cen) i z tym potem do taksówki danej korporacji. To dobre bo bezpieczne i uczciwe. Za 20 USD  (peso jeszcze nie mieliśmy) taksówkarz dowiózł nas na miejsce. Przy okazji poznaliśmy trochę ogrom tego miasta. Jest naprawdę rozległe, przytłacza rozmiarem, jak to stolica. Przy okazji doznałem lekkiego szoku. Wyobraźcie sobie, że jedziecie taxi po czym mija Was radiowóz, a taksówkarz zaczyna… trąbić na nich! Niezłe jaja! Myślałem że bezczelnie opieprza policję za jakiś groźny manewr jaki tamci może zrobili, ale tu okazało się, że nie, bo… gościu ich dogonił i zaczął znowu trąbić. Radiowóz zwolnił, my podjechaliśmy i sprawa się wyjaśniła. Taksówkarz uchylił szybę i spytał… jak dojechać pod nasz adres! Tamci mu wyjaśnili, dopytal jeszcze o szczegóły po czym odjechaliśmy. Ale Meksyk!

Główny plac w stolicy Meksyku, zwany zocalo, i katedra


Meksyk słynie m.in z tequili, zatem kilka słów o tym. Są 3 rodzaje trunków „wódczanych” w Meksyku, wyrabianych z agawy – tequilla (najlepsza), mezcal (trochę gorszy jakościowo) i pulque (najgorszy). Oczywiście one też się dzielą na różne typy, ale to główny podział. Różnią się stopniem destylacji, leżakowaniem, a co za tym idzie mocą i smakiem.  No i tym, że pulque, jako napój machos jest spożywane wyłącznie w lokalach zwanych pulquerias, gdzie byle kto (zwłaszcza turysta) raczej nie ma wstępu, a przynajmniej jest (podobno) niemile widziany. W tutejszych sklepach z alkoholem można też spotkać trunki z Europy (była też polska Wyborowa, bardzo droga), ale myślę, że Meksykanie preferują swoje wyroby. I wcale im się nie dziwię 🙂 Mezcal który kupiliśmy miał dołączony woreczek z solą z Chile (według napisu na nim) i jako drugi bonus, jakże by inaczej – robaka na dnie. Robak, a raczej jego wygląd, ma być dowodem na faktyczną zawartość alkoholu w trunku (40 %). No bo alkohol konserwuje… Jest on wręcz standardem w tego typu alkoholach. Początkowo planowałem zakończyć spożywanie wódki zjedzeniem owego bonusu (jak robią to prawdziwi tutejsi machos) ale w końcu odpuściłem. Brakło mi odwagi. Albo odpowiedniego upojenia 😉 Dodam, że owym bonusem może też być „cięższy kaliber” – w jednym ze sklepów widzieliśmy mezcal o nazwie „Scorpion”, na którego dnie był ów stawonóg właśnie. Nie wiem jednak czy on też jest spożywany 😉

Wybieramy się na zwiedzanie Teotihuacán . Najpierw metro.
Co do samego metra to ciekawostka – koła pociągu są z… gumy. Dzięki temu pociąg jest niezwykle cichy, ledwo go słychać, nie ma też owego urywającego uszy pisku przy hamowaniu, znanego z Polski. Jest czwartym co do szybkości metrem na świecie (dane z 2011 roku), poza tym czystym i punktualnym… Panowie z zarządu PKP, czytacie to?  Acha, podobno Meksyk to biedny, dopiero rozwijający się kraj…

Przed wejściem na perony tradycyjne kołowrotki, bilety w kasie śmiesznie tanie (2 peso), wszędzie czysto, pachnie tortillą (sporo małych mini barów z przekąskami), stacje dobrze oznakowane, my kierujemy się na Cuatro Caminos (Cztery Drogi), potem jeszcze 2 przesiadki i jesteśmy na Terminal Norte, skąd odjeżdżają autokary. W środku tuż po wejściu rzuca się w oczy duża figura Matki Boskiej. Wzdłuż ścian wiele kas (różnych przewoźników, w różne rejony kraju), sklepiki z przekąskami, jest też pasteleria – duża samoobsługowa cukiernia, gdzie na półkach są różne ciastka i drożdżówki, wybierane przez klientów szczypcami i kładzione na metalową tacę, z którą idzie się do kasy.  Od razu skorzystaliśmy, po pokonaniu początkowego oczopląsu rzecz jasna;)

Teotihuacán był zamieszkany przez Azteków (stąd ta, aztecka właśnie, nazwa), którzy przejęli opuszczone miejsce po właścicielach, budowniczych miasta, o których niewiele wiadomo. Największa budowla miasta, Piramida Słońca, pierwotnie była dużo mniejsza, przechodziła stopniowo kolejne przemiany, z których ostatnia, piąta, doprowadziła do stanu obecnego.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie DSC03278-1024x681.jpg

W drodze powrotnej robimy krótki odpoczynek w małym gaju ze stołem i ławami. Powrotny autobus i znowu metro. Wiele złego słyszałem o metrze, że tłok, kradzieże, trzeba szybko wsiadać bo drzwi zamykają się automatycznie bez względu na to czy akurat ktoś nie wsiada/wysiada. Fakt, drzwi rzeczywiście szybko się zamykają, nad każdymi jest napis antes de entrar permite salir (zanim wejdziesz pozwól innym wysiąść) ale i tak mało kto tego przestrzega. Początkowo bardzo mi się to nie podobało, potem zrozumiałem skąd ten pośpiech wsiadających gdy na własne oczy zobaczyłem, jak para ludzi została rozdzielona przez szybko zamykające się drzwi wagonu. Tu naprawdę liczy się refleks, tym bardziej w godzinach szczytu (7-9 rano i 18-19 wieczorem). My na razie poruszaliśmy się metrem w środku dnia, o godzinach szczytu napiszę pod koniec opowieści, jako że ostatniego dnia pobytu mieliśmy wątpliwą przyjemność przeżyć taką sytuację. Jeszcze słowo o metrze, a raczej o dziewczynach nim podróżujących. Kilka razy widziałem jak dziewczyny (kobiety w średnim wieku także) malują się, a nawet obcinają brwi 🙂 Zaskoczyło mnie to, nigdy czegoś takiego w środkach komunikacji nie widziałem, ale nie ma w tym wg mnie nic złego. Po co tracić czas rano przed lustrem skoro można go wykorzystać w wagonie metra?

Samotne dziewczyny (tzn. takie bez męskiego towarzysza) są czasem w metrze zaczepiane w czasie godzin szczytu, gdy panuje niesamowity tłok. Przy czym słowo „zaczepiane” jest tu w innym kontekście niż podobna sytuacja w Polsce. Gorąca latynoska (męska rzecz jasna) krew sprawia, że męskie ręce wyciągają się w jej kierunku… To nie żart. W Polsce takie sytuacje zdarzały się 20 lat temu, w Meksyku to podobno nadal codzienność. Jednak poradzono sobie z tym, a my przekonaliśmy się o tym na własnej (dosłownie) skórze. Jak? O tym na końcu mojej opowieści.

Jedziemy do Veracruz, które ma stanowić naszą noclegownię, bo inaczej do naszego kolejnego miejsca docelowego (Campeche) dojechalibyśmy w nocy, a to raczej niewskazane dla cudzoziemców w tym kraju. I tu parę słów o jednym z głównych (prywatnych) przewoźników w Meksyku – liniach ADO. Autokary ADO dzielą się na 3 klasy – zwykła, gold i platinum. Są w zasadzie koniecznością na południu Meksyku, bowiem kolej jest w tym kraju słabo rozwinięta i to jedynie na północy, drugim dużym przewoźnikiem jest linia Oriente. Podróż ADO to czysta przyjemność i nawet niezbyt droga, mimo wysokiej jakości usługi, na którą wlicza się możliwość rezerwacji internetowej, filmy dvd wyświetlane na monitorach umieszczonych co kilka siedzeń, zakaz palenia, bardzo wygodne fotele, a w klasie gold i platinum serwowane zimne napoje i automat do kawy/herbaty na pokładzie. O super czystej i pachnącej wc nie wspominając. Acha, jeszcze coś. Tu odpada kwestia kradzieży bagażu. Kierowca wydaje każdemu pasażerowi kwitek na jego bagaż i bez tego papierka nie wyda nic z powrotem. Więc wystarczy nie zgubić i zapomnieć o bagażu w luku na czas podróży. Nie ma szans by ktoś go ukradł. Na niektórych dworcach ADO pasażerowie są obszukiwani na sposób policyjny a ich podręczny bagaż pobieżnie oglądany, poza tym dworzec w stolicy ma bramki – wykrywacze metalu. W tych autobusach zawsze można czuć się bezpiecznie i komfortowo. No, prawie zawsze komfortowo, bo jest pełen wyjątek. Meksykańscy kierowcy zwykle włączają na full klimatyzację. Gdy na zewnątrz jest ciepło to w porządku, w autobusie panuje przyjemny chłodek. Gorzej jednak nocą, gdy kierowca zostawia włączoną klimatyzację przez cały czas można zmarznąć na kość. Wiem, że to brzmi absurdalnie ale tak jest.

Sprzedawcy jedzenia

Veracruz to duże miasto portowe, jest w nim pozostałość po twierdzy Corteza (to właśnie tu przybył ze swą armadą) – San Juan de Ulua, przeznaczona do zwiedzania (ciekawostka: tu właśnie kręcono jedną ze scen filmu Miłość, szmaragd i krokodyl). Burzliwą przeszłość miasta przedstawia pomnik na nabrzeżu, przed ratuszem. Placyk niedaleko nabrzeża jest ładny, otoczony wielkim palmami, ale ulice to typowo meksykański labirynt, niczym się nie wyróżniający. Niemniej rejon portu i zocalo sprawiły na mnie bardzo miłe wrażenie, fajnie było tam usiąść na ławce i patrzeć na stylowe budynki. Przy okazji mała ciekawostka – w tym mieście nie ma (przynajmniej ja nie widziałem) sygnalizacji na przejściach dla pieszych. Trzeba po prostu patrzeć czy kierowca ma czerwone…

W Veracruz miałem okazję spróbować ciekawej rzeczy kulinarnej, o której wspominał Cejrowski – chicharron czyli… smażonych kawałków świńskiej skóry. Obrzydliwe?  Wcale nie! Choć pewnie dla wielu Polaków tak by było, mimo, że sami jedzą różne części zwierzęcych ciał.  Jak wyglądają i smakują chicharrones? Jak… chyba nie uwierzycie. Chrupki. Kwadratowe i prostokątne małe lekko brązowe chrupki o neutralnym (rzekłbym naszym, chrupkowym) smaku. Tyle że Meksykanie nie jedzą ich bez dodatku. Dodają sosy, raczej pikantne. Za pierwszym razem kupiłem chicharron w sklepie, były zapakowane w foliową torebkę i wyglądało to jak porcja polskich chrupek. Za drugim razem kupiłem u ulicznego sprzedawcy, który w ofercie miał zresztą także inne gorące rzeczy i który pytał z jakim sosem chcę moje chrupki. Odparłem by coś zaproponował, byle delikatnego, nie pikantnego. Sos, który mi wlał do torebki z chrupkami był delikatn… ie ostry 😉 Ale dało się zjeść 😉

Tak się bawi Veracruz wieczorem…

Ruszamy dalej, naszym celem jest Uxmál, kolejny kompleks zabytkowych budowli. Po czterech godzinach jazdy docieramy do Meridy, stolicy stanu Jukatan, a stamtąd busikiem do
Uxmál. Wstęp do Uxmál kosztuje 115 peso. Dużo, ale do wszystkich zabytków bilety dużo kosztują, poza tym warto. Tym bardziej, że jak zauważył Romek tu wszędzie można wejść, na każdą piramidę i do każdej ruiny. To duży kompleks budynków, swego czasu był jednym z najważniejszych ośrodków życia państwa Majów. Tu po raz pierwszy widziałem na własne oczy boisko do gry w słynną pelotę – piłkę odbijaną biodrami i kolanami, którą trzeba było przerzucić przez kamienny pierścień zawieszony wysoko w murze. Drużyna przegranych szła pod nóż ofiarny, dlatego najczęściej do gry zmuszano niewolników lub jeńców wojennych. Mieli zatem mocną motywację, aby dobrze grać. Nie to co nasi piłkarze. Ech…

Jedziemy do Chichén Itzá (wym. Cziczen ica), kolejnego zabytkowego miasta. Meksykanie maja poczucie humoru, jeden z kontrolerów linii ADO na nasze pytanie z którego peronu odjeżdża autokar do tego miasta, wskazał nam kierunek, poklepując po plecach i mówiąc ze śmiechem : „Chicken pizza” 😉 Zabytek ten jest uznawany za cud świata, ale dla niektórych, w tym dla mnie, to trochę przereklamowany slogan. Owszem, jest rozległy, składa się z wielu budowli, ale czegoś mu brak. Nie ma tam swoistego klimatu, wyjątkowości, przynajmniej ja tak odczułem.

Świątynia Kukulkana

Jaguar, śmierć i… sombrero

Po zwiedzeniu ruszamy autokarem linii Oriente do Cancún, które miało być tylko noclegiem. Nie ma tam nic ciekawego z zabytków, to brzydkie miasto typowo dla turystów wypełnione hotelami i niczym ciekawym się nie wyróżniające. Pełno tam Amerykanów, bo tuż obok jest wybrzeże Morza Karaibskiego z idealnymi warunkami do surfingu. Mają tu dużo tanich połączeń lotniczych więc masowo latają. No i windują ceny (oczywiście nieświadomie), bo jak każdy Meksykanin wie, każdy gringo ma dużo forsy, z która się nie liczy (bo u siebie wydałby i tak więcej) więc trzeba go maksymalnie z tej forsy wyssać.

Stąd właśnie wysokie ceny dla białych, bo z zasady każdy biały to dla Meksykanina gringo. Dopiero w trakcie rozmowy można (a nawet czasem trzeba) powiedzieć skąd się pochodzi. Bycie Polakiem ma w Meksyku spore znaczenie, bo Meksykanie pamiętają naszego rodaka, papieża JPII. Był (i nadal jest) tu bardzo ceniony, stąd dla wielu tubylców każdy rodak Karola Wojtyły ma na starcie mały plus. To ma wymierne znaczenie przy wszelkich transakcjach… No, gdy ma się wolę, czas i energię do negocjacji 😉 Użycie zwrotu : y para polacos ? (a dla Polaków?) targując się o cenę może w pewnym zakresie ją obniżyć… I z reguły obniża.

Zwiedzamy Tulum, duży obiekt zabytkowy położony tuż nad brzegiem morza, na wysokiej skale. Z zewnątrz wygląda niepozornie, w środku robi wrażenie. Z drewnianego podestu schodkami schodzimy nad samą plażę i moczymy się w Morzu Karaibskim… A potem…

Nachos, czyli podawana przed posiłkiem przekąska. Do piwa koniecznie limonka!

Z Tulum jedziemy do miasteczka Palenque, a stamtąd busikiem do ruin, znajdujących się w rezerwacie o tej samej nazwie. To jakby sztandarowy obiekt zabytkowy Meksyku. Czemu ? Bo zawsze ilekroć szukałem w necie informacji o tym kraju, natrafiałem na zdjęcie Świątyni Inskrypcji z dżunglą w tle. Fakt, obiekt już na fotkach robi wrażenie, tym większe na żywo. Dżungla też kusi… To właśnie w Palenque odkryto mumie księcia Majów, Pacala Wielkiego. A pismo odkryte w Świątyni Inskrypcji uznawane jest za ich najważniejszy przekaz. Musimy kupić 2 bilety (jeden za wstęp do rezerwatu, a jakże). Bardzo podobała mi się architektura Palenque, może ze względu na to, że sporo się zachowało, włącznie z podziemiami.

Mimo, że Palenque jest małym miasteczkiem, dużo tu samochodów. W ogóle w Meksyku jeździ dużo aut i do w większości nowych modeli. Nie wiem jak kształtują się zarobki w tym kraju, ale cena paliwa to (po ostatnich podwyżkach) 8 peso za litr. Czyli 2 zł w przeliczeniu. Dla nas byłby to raj, nieprawdaż? 😉 Jako że sam jeżdżę Nissanem szukałem wzrokiem aut tej marki. Było ich trochę, z czego najwięcej, bo to taksówki, modelu tsuru, nieznanego w Polsce. Bordowe taksówki Nissan tsuru to częsty widok tutaj, poza tym dużo Fordów i Chevroletów, co nie dziwi wszak tuż obok USA. Poza tym inne marki znane z polski – Fiat, Daewoo, Renault, Peugeot, róźne modele. Jak już pisałem większość to nowe modele, mało tu starszych aut, nie mówiąc już o tych całkiem starych. Jedynie pickupy to generalnie starsze auta, jeżdżą nimi grupki pracowników, czyli można to uznać za firmowy transport.

Kierowcy, jak to Latynosi,  jeżdżą dość szybko, choć potłuczonych aut nie widziałem (co zdarza się w Polsce). Niemniej, aby zwiększyć bezpieczeństwo przynajmniej na niektórych odcinkach, w newralgicznych miejscach dróg (np. w pobliżu szkół) ustawiane są słynne topes – garby, przed którymi TRZEBA zwolnić, czasem wręcz prawie do zera. Na własne oczy widzieliśmy jak jakiś kierowca (pewnie jankes) rozpędzony na trasie zignorował (może nie zauważył) garbu i urwał zderzak. Topes są z reguły oznakowane, czasem dodatkowo pomalowane są na ostrzegawczo i mają odblaski. Jedynie na totalnych zadupiach nie są oznakowane w ogóle i trzeba uważnie jechać. Ale kierowcy ostrzegają się wzajemnie i często ten kto zwalnia widząc topes włącza światła awaryjne. Fajny pomysł. A meksykańskie topes przeniósłbym do Polski. Jak wiadomo, na naszych piratów znak ograniczenia prędkości nie działa. Mandat też nie. Topes działają za to zawsze…

Drogi w Meksyku są… po prostu normalne. Takie jakie powiny być drogi w Polsce i jakie raczej nigdy nie będą (przynajmniej ja nie wierzę, że tego stanu dożyję). Dziury tam to rzadkość, jedynie na trzeciorzędnych drogach prowadzacych przez odległe wsie drogi przypominają te polskie. Na polskich drogach urwałem kiedyś belkę tylnego zawieszenia, w Meksyku byłoby to trudne. A to podobno biedny kraj…

Płyniemy do Yaxchilán. Po drugiej stronie rzeki Usumacinta jest już Gwatemala, widzimy kobiety robiące pranie na brzegu. Machamy im. Czuję się trochę jak Cejrowski, który w jednym z programów płynąc na łodzi przez dżunglę pokazał do kamery wyciągnięte nogi mówiąc jaki wyluzowany się czuje. Nie chciałem być gorszy, zrobiłem podobnie 😉

Po blisko godzinnej wyprawie dopływamy do celu. Z dżungli dochodzą jakieś niesamowite odgłosy zwierząt. Zaczyna krążyć adrenalina. Ruszamy ścieżką przez dżunglę, znowu słychać te zwierzęta. Ryki nie z tej ziemi, jeszcze nie wiem co to. Ale już jestem nakręcony, zaczyna się przygoda. Wchodzimy na plac otoczony ruinami. W późnym okresie klasycznym Yaxchilán był ważnym ośrodkiem, jednym z najpotężniejszych miast leżących wzdłuż biegu rzeku Usmacinty. Wiemy o tym z rzeźbionych kamiennych belek nad wejściami do głównych obiektów, zawierają one opisy historii miasta, które zawarło przymierze z Piedras Negras i Tikal, tocząc zarazem boje z Palenque. Jak zwykle zerkam do każdej dziury, w każdej chwili spodziewając się jakiegoś ptasznika. Nic. Za to znowu słychać ryki, coraz głośniej I natarczywiej. Nadal nie wiemy, jakie zwierzęta je wydają ale jestem zdecydowany za wszelką cenę je odnaleźć I zrobić im foty. Szykuję aparat, nastawiam na filmowanie i… żadnego stworzenia nie widać, za to słychać coraz głośniej. Efekt surround jak w kinie na filmie z efektami. Zbita ściana dżungli potęguje wrażenie tajemniczości, niesamowite wrażenie. Postanawiam ruszyć do dżungli i zaczynam się wspinać po małym wzniesieniu pokrytym zeschłymi liśćmi gdy nagle Romek woła : “są!”. Cofam się na pagórek z ruinami, skąd przed chwila wyszliśmy, faktycznie, w oddali widac na drzewie grupkę dużych, czarnych małp. To wyjce, właśnie one wydają ten charakterystyczny odgłos. Choć nie nazwałbym tego wyciem, lecz rykiem.

Tuż obok jest spore wzgórze, a na nim okazały budynek, który archeolodzy nazwali “budowlą 33” (każda budowla tutaj ma swój numer). Jest wysoki i długi, kojarzy mi się z… blokiem mieszkalnym bo ma sporo okien 😉 a przynajmniej tak to wygląda. Z tyłu tej budowli jest nisza a w niej bezgłowa figura, prawdopodobnie samego Pierzastego Jaguara IV, króla Yaxchilán.

Prawie jak blok mieszkalny…

Po powrocie do Palenque kupujemy u ulicznego sprzedawcy po porcji owoców. Mieszanka mango, papai, bananów i diabli wiedzą czego jeszcze. Usiedliśmy i jemy, gadając. Nagle widzę, że kolejnemu klientowi, swemu koledze, sprzedawca dosypuje coś do owoców. Zaciekawiony podchodzę i pytam co to, bo może tubylcy traktowani są lepiej i ich porcje są wzbogacane. Okazuje się, że to… chilli! Pikantna przyprawa sypana do słodkich owoców! Ale Meksyk 😉

Udajemy się do San Cristóbal de las Casas (przez miejscowych zwanego Jovel), oddalonego od Palenque o 110 km, ładnego miasteczka o kolonialnej zabudowie, z 2 zabytkowymi kościołami i katedrą o masywnych dębowych drzwiach. San Cristóbal przypomina trochę Zakopane, choć tutaj jest mniej turystów. Niemniej ruch jest spory, bo wieczorem ludzie wychodzą na zocalo i się bawią. To norma u Meksykanów, tak było też i tutaj. Na dachu kawiarenki w środku placyku grupka mariachi wygrywała latynoskie melodie, na scenie trochę dalej trwały występy uczniów jakiejś szkoły, co było ogłoszone na banerze. Chłopak będący chyba idolem szkoły (sądząc po piskach dziewcząt) wykonywał jakąś piosenkę, potem były popisy taneczne, dużo zabawy.

Rano ruszamy busikiem do miasteczka Tuxtla, a stamtąd do Chiapa de Orzo. Stąd bowiem zaczniemy zwiedzać kolejne ciekawe miejsce – Kanion Sumidero. Niefortunna trochę nazwa, bowiem sumidero po hiszpańsku oznacza… rynsztok. Hmm… Kanion jest słynny wśród turystów, więc stał się także naszym celem. W “biurze turystycznym” na rynku w Chiapa de Orzo kupujemy bilety na przejazd motorową łodzią po kanionie (150 peso za osobę).

Kanion robi wrażenie, to coś w stylu naszego spływu Dunajcem w Pieninach, tu też są rozmaicie uformowane wysokie skały z jaskiniami wewnątrz, tyle że ten jest dłuższy i oferuje dodatkowe, egzotyczne dla Polaka atrakcje w formie lokalnej fauny. No bo w Pieninach nie ma na przykład krokodyli… A tu są, my widzieliśmy trzy, każdy wygrzewał się bądź na brzegu, bądź na skale wystającej z wody. Były też małpy, legwany i dziwne czarne ptaki trochę podobne do kondorów, tyle że bez długich szyi. Przewodnik, a zarazem sternik łodzi zatrzymywał się i gasił silnik w każdym miejscu, gdzie były zwierzęta, często całkiem blisko, bo na przykład jednego z krokodyli miałem jakieś 2 metry od siebie.

Powrót do stolicy. Po odświeżeniu się idziemy na miasto, porobić zaległe fotki i szukamy banku oraz cukierni. Jak na złość cukierni żadnej nie ma, choć w każdej innej mieścinie była. W końcu w jednym z sklepów udaje mi się kupić 3 pączki z nadzieniem. Tzn. pączki w stylu amerykańskim, nie mające nic wspólnego z naszymi. Kto widział amerykańskie doughnuts ten wie o co chodzi. Mało tego, wkrótce potem w jednej z dzielnic był pożar i odcięto prąd w całym centrum. Sklepy, kantory, banki przestają pracować. No luz (brak światła) – mówi panienka z kantoru, gdzie chcieliśmy wymienić pozostałe nam dolary USA na peso. Pech. Roman biega szukając czynnego banku/kantoru. Po dłuższej chwili wraca nic nie wskórawszy. Mówi, że po drodze widział straż pożarną na… motocyklach! Węże gaśnicze mieli przymocowane z boku pojazdów. Meksyk!

Wracamy do metra a tam… tłumy! W metrze zawsze było dużo ludzi, ale takiej liczby nie widziałem nigdy. No tak, jest godzina 18 i mamy wieczorną porę szczytu. Biletów kupować nie musimy bo już je mamy (zawsze warto kupić kilka na raz) ale tu są nawet kolejki do kołowrotków – wejść na perony! Wtem Roman zauważa boczny korytarzyk, tuż przy ścianie, gdzie nie ma ciżby. Dziwne… ok., pakujemy się tam. Na peronie masa ludzi, będzie ciężko. Podjeżdża pociąg, pusty, co jest pewnie normą o tej porze, gdyż kolejarze wiedzą o tłumach na peronie. Ludzie wlewają się do środka, my, choć z trudem, także. Jesteśmy w pierwszym wagonie metra, zatłoczonym jak wszystkie inne ale pociąg jeszcze nie odjeżdża. Nagle intuicja mówi mi, że coś jest nie tak. Nie chodzi o kieszonkowców, choć w blogu Piotra Małachowskiego i na forach pisano o tym, że trzeba tu bardzo uważać na cenne rzeczy, nikt nigdy nawet nie próbował wobec nas czegokolwiek w tym względzie. Coś nie gra i zaczynam czuć się nieswojo. Rozglądam się wokół i widzę, że w wagonie dominują kobiety… nie, tu są WYŁĄCZNIE kobiety! Z których niektóre na dodatek zerkają na nas i się chichrają;) I teraz zaczynam kojarzyć… Pamiętacie początek blogu, gdy pisałem o kobietach w metrze? To właśnie ten wagon, zawsze pierwszy wagon metra w porze szczytu, stanowiący azyl dla mujeres i señoritas. Tu są bezpieczne od napalonych latynoskich samców. Od nas też…

I tyle z wyprawy i mojego blogu. Cieszę się, że było mi dane tam być, przeżyć wiele ciekawych sytuacji i posmakować rzeczy, o których wcześniej tylko marzyłem. W Meksyku mieliśmy wspaniałe przeżycia, dla mnie przygody i wspomnień nie da się przeliczać żadną miarą. Jeśli kiedykolwiek marzyliście o podróży do egzotycznego kraju, realizujcie to. Marzenia czasem się spełniają, więc czemu by nie spróbować? Spróbujcie! To o wiele prostsze niż sądzicie…